JB Newstream 2 - шаблон joomla Видео

Sidebar

Игры

Już kiedy wydawało się, że po znakomitym Legacy of the Void uniwersum Starcrafta II spotka fabularny koniec, Blizzard obiecał graczom nowe przygody. Tym razem nasze strategiczne umiejętności miały pomóc Novie – jednemu z elitarnych terrańskich żołnierzy, która wpakowała się w niezłe tarapaty. Choć dla wielu jest to po prostu odcinanie kuponów od flagowej produkcji Blizzarda, inni przymykają na to oko i raz jeszcze dają się porwać w wir mniejszych i większych potyczek o władzę we wszechświecie. Nowa kampania składa się z 9 misji i była wydawana w trzech turach: pierwsze trzy misje udostępniono 29 marca, kolejne trzy - 2 sierpnia, a ostatnie trzy misje 22 października.

Koszt wszystkich 9 zadań to na dzień dzisiejszy 15 dolarów.

Wydaje się, że nikt nie miał specjalnie wygórowanych oczekiwań po nowej kampanii. Nie bez powodu. Tajne Operacje Novy w żaden sposób nie zaskakują i tak naprawdę kierowane są tylko i wyłącznie do osób, które wszystkie dotychczasowe kampanie już przeszły. Historia ani nie jest specjalnie porywająca, ani nie wprowadza żadnych nowatorskich rozwiązań do gry. Ot kolejny punkt do odhaczenia dla fanów.

Tajemniczy, legendarny zabójca na zlecenie ma już dosyć dotychczasowego życia i postanawia szukać odkupienia, pielęgnując ogrody małego kościółka położonego gdzieś na końcu świata. Niestety, bycie legendą niesie ze sobą olbrzymie brzemię i nie na długo łysy zabójca może nacieszyć się emeryturą. Ekipa z IO Interactive nie daje „47” (bo właśnie w ten sposób zwracają się do niego zleceniodawcy) chwili wytchnienia. Po tym jak jego idylliczny świat zostaje zrujnowany, nasz skrytobójca odnawia kontakty z byłymi klientami i raz jeszcze rusza w przygodę pełną śmierci. Kontrakty rzucają go w rozmaite zakątki globu, w których każdy bez trudu poznamy po atmosferze, jaką udało się w grze stworzyć. W trakcie rozgrywki Sycylię, Rosję, Japonię czy Malezję.

Od zarania dziejów ludzkość przeżywa wielką fascynację kotami. Przykładów nie trzeba daleko szukać, bo już w starożytnym Egipcie te właśnie zwierzęta darzono wielką sympatią. Ostatnimi czasy internet co i rusz obiegają słodziutkie zdjęcia małych, futrzastych kociaków. Mało kto jednak pamięta, że już w 1997 roku wytwórnia Monolith Productions postanowiła wypuścić grę o kocie, który zbytnio futrzasty nie jest, ale za to umie całkiem nieźle podrapać... albo rzucić dynamitem. Kapitan Pazur, bo to o nim mowa, mimo zebrania bardzo pozytywnych recenzji został gdzieś tam zapomniany i chociaż nie odniósł międzynarodowego sukcesu, wiele osób wciąż wspomina go z rozrzewnieniem. 

W porównaniu do innych bohaterów postać Robin Hooda nie cieszy się szczególnie wielkim zainteresowaniem gier. Atempt podjęty w 2002 roku przez Spellbound Entertainment należy do jednej z najbardziej udanych prób przeniesienia Robina na ekrany komputerów.

Robin Hood: The Legend of Sherwood to gra, która przeniesie nas w odległe czasy Ryszarda Lwie Serce i wypraw krzyżowych, choć one same będą dość luźno powiązane z tematyką gry. Na pierwszy plan wysuwa się oczywiście tytułowy banita – Robin Hood, który powróciwszy z walki z niewiernymi, odkrywa, że Anglia wcale nie jest taką, jaką zostawił za sobą. Król Ryszard natomiast został porwany i porywacze żądają za niego olbrzymiego okupu. Na domiar złego władzę sprawuje teraz jego zły brat razem z cieszącym się złą sławą szeryfem Nottingham, którzy ani myślą dzielić się jakimikolwiek pieniędzmi z porywaczami.

Choć nie jestem fanem cyberpunku, nie mogę napisać, żebym miał coś przeciwko temu gatunkowi. W związku z tym po obejrzeniu szalenie ciekawie wyglądających zapowiedzi Deus Ex: Human Revolution od razu postanowiłem kupić tę grę, gdy tylko nadarzy się ku temu okazja. Po czasie okazało się, że było warto. 

Rok 1987. Małe studio Square stoi na granicy bankructwa i zamierza wydać swój ostatni tytuł, pożegnanie. Nazywa ją „Final Fantasy” – ostatnia fantazja. Niespodziewanie gra staje się hitem, a studio, które wcześniej żegnało się ze swoją przygodą w tym bieznesie, zaczyna odnosić coraz większe sukcesy. Czasem rzeczywistość pisze zupełnie niewiarygodne scenariusze, które uważamy za naiwne nawet w filmach. Od tamtego czasu wiele się zmieniło. Bohater tej krótkiej opowieści zyskał sobie wielką sławę i rozgłos na całym świecie, a w 2001 roku stworzył grę, o której będzie mowa w niniejszej recenzji. Mowa o Final Fantasy X. Mimo że jest to dziesiąta odsłona serii, śmiało można zacząć swoją przygodę z tymi tytułami właśnie od niej.

Mimo wspaniałości jej świata i założeń nie ma aż tak wielu gier, które czerpałyby garściami z mitologii skandynawskiej. Wyprodukowana przez studio Stoic – The Banner Saga – stara się naprawić ten błąd i wprowadza nas w niesamowicie klimatyczną historię o wikingach, ich bogach oraz zmierzchu czasów. Wszystko to opowiedziane z perspektywy osób, które starają się uciec przed nadchodzącą zagładą.
Pierwszą rzeczą rzucającą się w oczy jest prześliczna, ręcznie wykonana grafika. Sprawia ona, że czujemy się jakbyśmy oglądali świetnie zanimowany komiks albo anime. Z drugiej strony oprawa graficzna jest na tyle prosta, przejrzysta i czytelna, żeby miło oglądało się scenki i nie miało wrażenia przerostu formy nad treścią.

Back to top